sobota, 18 października 2014

Busz po polsku, czyli o zmaganiach z NFZ-tem part II

Pragnienie wypełnienia wszystkich matczynych obowiązków maleje. Zupełnie znika, więc z ze spokojnym sercem mogę usiąść i pisać. Nikt mi już nie brzęczy nad uchem. Bardzo kocham moje dzieci i lubię spędzać z nimi czas, ale o 21, jak ktoś mi jeszcze piszczy: "Mamusiu, ale tylko jeden obcinek Dora." to już zupełnie nie mam wyrozumiałości. Zatem jest już ta spokojna godzina w naszym domu, co więcej miły sąsiad skończył wiercić, więc mogę popisać.
Jeśli ktoś ma podobne przygody w temacie służby zdrowia, to całkiem dobrze zrozumie moje trudne matczyne emocje.
Wszystko wydarzyło się we wtorek. od tygodnia prosiłam moją kochaną Mamę, przez Ewę nazywaną Babcią Danutką, żeby poszła we wtorek z nami na szczepienie. Za nim udało mi się wynegocjować wtorkowy termin, to miałam jeszcze wcześniejszy termin na piątek, ale z przychodni zadzwoniono do mnie i okazało się, że jakaś pani rejestratorka przez pomyłkę zarejestrowała mnie na wizytę, której nie ma.  Zatem proszę panią żeby zarejestrowała mnie na inną datę, do jakiegokolwiek lekarza, bo naszego nadal nie ma. Pani mówi, poniedziałek 10, ja grzecznie jeszcze odpowiadam, że pasują mi tylko godziny po 13, na co Pani odpowiada, że lekarze w godzinach popołudniowych nie szczepią dzieci, więc ja pytam, co ma zrobić, zmienić przychodnię, a ona, że mam poczekać 1,5 miesiąca, aż wróci nasz lekarz. SZOK. Po długich negocjacjach znajduje dla mnie dogodną godzinę. Wtorek 13.40 i 13.50. Przyjeżdżam szybko do domu. Jemy w pośpiechu. Pędzimy do przychodni, pytam, się kto ostatni w kolejce i słyszę, że w gabinecie przyjmuje kobieta, a nas miał przyjąć mężczyzna. Idę do rejestracji zapytać się, czy coś się zmieniło, jaki lekarz przyjmuje i tak od słowa do słowa, Pani mówi, że moje dzieci nie są zapisane na dziś. PADAM. Pytam, a na kiedy, a Pani mówi, że na wczoraj, mówię do niej, czy myśli Pani, że gdybym była umówiona na wczoraj to przyszłabym dziś. Jestem już naprawdę bardzo zdenerwowana i odpowiadam, że wejdę z dziećmi do jakiekolwiek lekarza i szczepię je dziś. Na co Pani odpowiada, że ona poszuka mi nowego terminu, ja jej mówię poproszę karty dzieci, ja wchodzę dziś. Jakimś cudem udaje mi się wejść do lekarza, tłumaczę jaka jest sytuacja, a lekarka na to, że to nie jej wina, że przecież nie ona rejestruje. Ciśnienie mi trochę spada do momentu, gdy dowiaduję się, że nie dbam o Olę, bo ma trochę odparzoną pupę. Jakoś puszczam ten komentarz. Ola zostaje zaszczepiona, nawet za bardzo nie orientuje się, co się wydarzyło. Przychodzi kolej na Ewę. Mamy ją zaszczepić na ospę, a z tym szczepieniem na ospę jest tak, że jak się do 3 r.ż. przyniesie zaświadczenie że dziecko uczęszcza do przedszkola, to szczepienie jest bezpłatne ( w innym przypadku 400 zł) Lekarka ogląda zaświadczenie i mówi, że nie jest napisane, że dziecko chodzi do  żłobka. Tłumaczę jej, że nasz lekarz powiedział, że to ma być zaświadczenie z przedszkola. W dyskusję włącza się pielęgniarka i jak mantrę powtarza, że nie jest napisane, że Ewa jest w grupie żłobkowej. Znów tłumacze, co powiedział nasz lekarz, a ta znowu swoje. Jestem już tak bezsilna, moje argumenty kompletnie do obu Pań nie trafiają, więc mówię, że postaram się na kolejne szczepienie przynieść inne zaświadczenie (ospa, to jest szczepienie podwójne) które upoważni nas do bezpłatnego otrzymania szczepienia. Z drugiej strony myślę sobie, że przedszkole to przedszkole, więc jak mogą napisać, że Ewa chodzi do żłobka. Po tym całym szczepieniu, jak ja już trochę ochłonęłam, Pani pielęgniarka mówi do mnie, że to nie jest wina ani pań w rejestracji, ani pielęgniarek, że niektórzy lekarze sobie na takie długie urlopy chodzą. Nachodzi mnie genialna myśl żeby zadzwonić do sanepidu i zapytać, jak to jest z tymi szczepieniami. Pani w sanepidzie, jak usłyszała moją historię, to prawie "padła", pyta o nazwisko dziecka i adres przychodni i mówi, że sama tą sprawę załatwi. Po pół godziny dzwoni do mnie przychodnia i informuje, że nie mam się niczym martwić, oczywiście Ewa otrzyma szczepieni bezpłatnie.  Nerwy mi puszczają w tej całej sytuacji, ale chociaż cel został osiągnięty.

1 komentarz:

  1. Daguś, podziwiam Cię. Dostałam od lekarza skierowanie na zdjęcie rtg kręgosłupa. Procedura trochę skomplikowana, dzień wcześniej specjalna dieta, konieczne wypróżnienie i oczywiście trzeba stawić się o 7.30. Iwan wziął z tego powodu wolne w pracy, żeby zostać z dzieciakami. Zajeżdżam (mega niewyspana, bo Wojtek akurat ząbkuje) i słyszę od pani w recepcji, że niestety, ale akurat w piątki nie robią takiego badania. Kręgosłup boli okropnie, cały kolejny tydzień jestem sama z dzieciakami, a pani z uśmiechem na ustach mówi, żebym przyszła w poniedziałek. Załamka!!! Szkoda, że w tym wypadku telefon do sanepidu nie pomoże :)

    OdpowiedzUsuń