wtorek, 28 października 2014

Kocham, lubię, akceptuję

Każdy ma chyba takie rzeczy w życiu, które kocha, lubi i nie lubi. Ostatnio staram się każdego dnia skupiać na tym, co jest fajne, co sprawia radość mojej rodzinie i mi, a te rzeczy mniej przyjemne, które same się nie zrobią, traktuję, jak wyzwanie albo rzecz neutralną. Ostatnio wiele radości sprawia mi dziecięca wymowa Ewy np.o 6 rano "Mamusiu wstałaś jus, juś się wyspałaś, no lóbmy jus sniadanko" Mimo zmęczenia po krótkiej nocy i kilku pobudkach Oli chce mi się wstać i robić śniadanko.

Obecnie obie dziewczyny są chore, a Olkę to nawet tak wzięło, że groził nam szpital. Musimy codziennie się inhalować. Cóż z tego, że zakładałam sobie, że nie będę puszczała dzieciom bajek, jak inaczej bez krzyku nie da się inhalować Oli, no a jak Ewa widzi, że Ola ogląda Teletubisie, to sama do inhalowania też chce coś mieć. Przychodzi do Łukasza albo do mnie i mówi: "Tatusiu, plosę, tylko jedną Dolę, i nie będę płakać jak się skoncy, naplawdę, plosę :))" Wiadomo, że po jednym odcinku Dory i tak jest afera, jak się wyłącza bajki, ale i tak na razie jest to słodkie.

No, a poza tym to obecnie bardzo lubię nasze rodzinne rytuały. Mamy na razie takich kilka. Dopóki dziewczyny były zdrowe, to na koniec tygodnia szliśmy sobie rodzinnie na lody do grycana. To mi się bardzo podobało, szkoda, że już się trochę pogoda popsuła, ale jak tylko nadejdzie wiosna, czyli już niebawem :)) to powrócimy do naszej tradycji. Na wiosnę, to pewnie i Olka, będzie w pełni korzystać z tych spacerków.  

Lubię też wspólne pieczenie ciasta w niedzielę i aromat, który unosi się w domu. Myślami wracam do czasów z dzieciństwa, kiedy moja Mama, co niedzielę piekła drożdżówkę. Gościu wiedz, że czeka na Ciebie zawsze ciasto w niedzielę, a w poniedziałek już tylko ostatki.

Nie wiem, co na to mój Mąż, ale ja lubię sobotę, bo wtedy Łukasz wczesnym rankiem przejmuję opiekę nad dziećmi, a ja mogę się zdrzemnąć jeszcze pół godziny. Nic mi wtedy nie przeszkadza, ani hałasy, ani skakanie po mnie. Wiem, że dzieci są bezpieczne i zaopiekowane. To cudowne poleżeć jeden dzień w tygodniu trochę dłużej w łóżku. Tak...ja sobotnie leniuchowanie zaliczam, jako nasz rodzinny zwyczaj.

cdn.
lecę spać


Nasze BLW ( czyli Baby- led weaning)

Metoda BLW od początku mi się spodobała. Tak jak filozofia Montessori była dla mnie taka naturalna, bo przyjazna dziecku, nic na siłę, nic nie robimy za dziecko. Dziecko samodzielnie je nawet te pierwsze posiłki i steruje swoim procesem karmienia.I takie było moje założenie. Tylko BLW. Yes I love it!!! Tylko, że jak poszłam z Ewą do pediatry i zaczął mi tłumaczyć, co kiedy i jak dziecku wprowadzać, to się wystraszyłam, że sobie nie dam rady, że produkty, które ja kupię na rynku, może będą skażone metalami ciężkimi itd. itd, więc kupiłam słoiczki. Ewka oczywiście pięknie jadła (tzn. pięknie otwierała buzię), ale nadal chciałam powrócić do BLW. Jak miała 8 miesięcy to podałam jej marchewkę ugotowaną i brokuły, była zachwycona., ja również. Wow...przeczytałam, wprowadziłam w życie i o dziwo wszyscy żyją. Sukces. Mi też się podobało, więc tak zaczęła się przygoda z samodzielnym jedzeniem Ewy. Oczywiście, jak nie miałam sił sprzątać albo gdzieś się spieszyłam, to sama karmiłam Ewę, ale generalnie BLW, to była nasza metoda spożywania posiłków.Tak było z Ewą. Jak zbliżał się czas rozszerzania diety u Oli, to już tylko myślałam o BLW. Ola wyciągała ręce, jak my jedliśmy, zaczęła siadać, interesowało ją to, co się działo przy stole. Pomyślałam oooo to ten czas! Niestety znów poszłam do pediatry na szczepienie, a on taką samą historię opowiedział, że metale ciężkie, że nie wiadomo skąd te warzywa i owoce itd.itd. Trochę się zmartwiłam, nie chciałam być taka kategoryczna w swoich zasadach i truć dziecka, więc znów się skusiłam na słoiki. Jedak Ola się na nie nie skusiła :)) Absolutnie nie chciała otwierać buzi i współpracować, więc wszystkie słoiki zjadała Ewa, a na taki regres naszej starszej córki już nie mogłam się zgodzić. Ola poniekąd sama domagała się by jeść tak jak my, czyli sama. Chciała brać do rączek i kierować pokarm do buzi. Podczas jedzenia Ola nadal w dużej mierze częstuje podłogę, ale zaczęłam mieć do tego dużą tolerancję, a że wszyscy są zadowoleni, to niech na razie tak pozostanie.

sobota, 18 października 2014

Montessori, Montessori...

Piękny dzień- yes we did it!

Dziś odbyło się kolejne spotkanie naszej wspólnoty. Jesteśmy we wspólnocie Domowego Kościoła, jest to ruch świeckich, dla małżeństw inspirowany duchowością ks. Franciszka Blachnickiego. Stanowi gałąź Ruchu Światło- Życie. Od miesiąca zastanawialiśmy się jakby tu zorganizować opiekę dla dzieci, byśmy mogli spotkanie przeżyć w skupieni i skoncentrowaniu. Poprosiliśmy moją Mamę żeby została trzy godziny
z dziewczynkami, ale ona ostatecznie bardzo chciała wyjechać na pielgrzymkę, więc stwierdziłam, że jakoś sobie poradzimy, choć sama byłam zaskoczona, że tak twierdzę. Nasze dzieci mają duże trudności, by zostawać z obcymi osobami. Jak tylko moja Mama podjęła decyzję, że wyjeżdża, zapytałam naszych znajomych, którzy mają dwóch synków w podobnym do Ewy wieku, czy zaopiekują się Ewą. Wyrazili zdecydowaną chęć, więc pomyślałam, uff jedna z głowy. Do Oli chciałam kogoś, kto poszedłby z nią na spacer, a w razie gdyby marudziła przyszedł z nią do domu, gdzie mieliśmy spotkanie i się z nią pobawił. Nie mogliśmy takiej osoby znaleźć. Aż wreszcie mój cudowny Mąż wpadł na pomysł, by poprosić Martę. Plan stawał się coraz bardziej realny, choć ja i tak nie wierzyłam w jego powodzenie. Miałam wiele wątpliwości. Czy dzieci dadzą radę i nie będą płakać, czy osoby, które się nimi będą zajmowały też jakoś sobie poradzą?Na dzień przed spotkaniem zadzwoniła nasza koleżanka i powiedziała, że jej synowie mają jakiegoś wirusa
i chyba lepiej Ewę od nich izolować. Zawsze idealny plan musi się wykoleić. Szukałam innej alternatywy
i pomogła nam siostra Łukasza z mężem, którzy mają synka w wieku Ewy. Ewka go uwielbia. Pomyśleliśmy, że razem mogą pójść na zamknięty plac zabaw, żeby miło spędzić czas, jak nas nie będzie. Od samego rana nastawialiśmy Ewę, że spędzi czas z Kubusiem i będą się razem świetnie bawić. Ewa wydawała się zachwycona planem. Niestety jak ją zawoziliśmy do Kuby to zasnęła, a zazwyczaj jak się ją wybudza z drzemki, to jest strasznie marudna. Na szczęście, jak tylko zobaczyła Kubę cała rozpromieniała  radością i zaczęli się razem bawić. Zobaczyłam iskrę w ciemności, że nam rzeczywiście uda się być na spotkaniu bez dzieci. Ola też chętnie poszła na spacer z Martą, mimo przeraźliwego zimna, jakie panowało dziś. Jestem naprawdę dumna z moich dzieci i z siebie, że zaufałam i Magdzie i Marcie, że sobie poradzą z naszymi dziećmi. A także wdzięczna Panu za dar tego spotkania i wspólnoty. Magda&Grzesiu i Marta dzisiejszy wpis dedykuję właśnie Wam. Dobrze, że jesteście!

Busz po polsku, czyli o zmaganiach z NFZ-tem part II

Pragnienie wypełnienia wszystkich matczynych obowiązków maleje. Zupełnie znika, więc z ze spokojnym sercem mogę usiąść i pisać. Nikt mi już nie brzęczy nad uchem. Bardzo kocham moje dzieci i lubię spędzać z nimi czas, ale o 21, jak ktoś mi jeszcze piszczy: "Mamusiu, ale tylko jeden obcinek Dora." to już zupełnie nie mam wyrozumiałości. Zatem jest już ta spokojna godzina w naszym domu, co więcej miły sąsiad skończył wiercić, więc mogę popisać.
Jeśli ktoś ma podobne przygody w temacie służby zdrowia, to całkiem dobrze zrozumie moje trudne matczyne emocje.
Wszystko wydarzyło się we wtorek. od tygodnia prosiłam moją kochaną Mamę, przez Ewę nazywaną Babcią Danutką, żeby poszła we wtorek z nami na szczepienie. Za nim udało mi się wynegocjować wtorkowy termin, to miałam jeszcze wcześniejszy termin na piątek, ale z przychodni zadzwoniono do mnie i okazało się, że jakaś pani rejestratorka przez pomyłkę zarejestrowała mnie na wizytę, której nie ma.  Zatem proszę panią żeby zarejestrowała mnie na inną datę, do jakiegokolwiek lekarza, bo naszego nadal nie ma. Pani mówi, poniedziałek 10, ja grzecznie jeszcze odpowiadam, że pasują mi tylko godziny po 13, na co Pani odpowiada, że lekarze w godzinach popołudniowych nie szczepią dzieci, więc ja pytam, co ma zrobić, zmienić przychodnię, a ona, że mam poczekać 1,5 miesiąca, aż wróci nasz lekarz. SZOK. Po długich negocjacjach znajduje dla mnie dogodną godzinę. Wtorek 13.40 i 13.50. Przyjeżdżam szybko do domu. Jemy w pośpiechu. Pędzimy do przychodni, pytam, się kto ostatni w kolejce i słyszę, że w gabinecie przyjmuje kobieta, a nas miał przyjąć mężczyzna. Idę do rejestracji zapytać się, czy coś się zmieniło, jaki lekarz przyjmuje i tak od słowa do słowa, Pani mówi, że moje dzieci nie są zapisane na dziś. PADAM. Pytam, a na kiedy, a Pani mówi, że na wczoraj, mówię do niej, czy myśli Pani, że gdybym była umówiona na wczoraj to przyszłabym dziś. Jestem już naprawdę bardzo zdenerwowana i odpowiadam, że wejdę z dziećmi do jakiekolwiek lekarza i szczepię je dziś. Na co Pani odpowiada, że ona poszuka mi nowego terminu, ja jej mówię poproszę karty dzieci, ja wchodzę dziś. Jakimś cudem udaje mi się wejść do lekarza, tłumaczę jaka jest sytuacja, a lekarka na to, że to nie jej wina, że przecież nie ona rejestruje. Ciśnienie mi trochę spada do momentu, gdy dowiaduję się, że nie dbam o Olę, bo ma trochę odparzoną pupę. Jakoś puszczam ten komentarz. Ola zostaje zaszczepiona, nawet za bardzo nie orientuje się, co się wydarzyło. Przychodzi kolej na Ewę. Mamy ją zaszczepić na ospę, a z tym szczepieniem na ospę jest tak, że jak się do 3 r.ż. przyniesie zaświadczenie że dziecko uczęszcza do przedszkola, to szczepienie jest bezpłatne ( w innym przypadku 400 zł) Lekarka ogląda zaświadczenie i mówi, że nie jest napisane, że dziecko chodzi do  żłobka. Tłumaczę jej, że nasz lekarz powiedział, że to ma być zaświadczenie z przedszkola. W dyskusję włącza się pielęgniarka i jak mantrę powtarza, że nie jest napisane, że Ewa jest w grupie żłobkowej. Znów tłumacze, co powiedział nasz lekarz, a ta znowu swoje. Jestem już tak bezsilna, moje argumenty kompletnie do obu Pań nie trafiają, więc mówię, że postaram się na kolejne szczepienie przynieść inne zaświadczenie (ospa, to jest szczepienie podwójne) które upoważni nas do bezpłatnego otrzymania szczepienia. Z drugiej strony myślę sobie, że przedszkole to przedszkole, więc jak mogą napisać, że Ewa chodzi do żłobka. Po tym całym szczepieniu, jak ja już trochę ochłonęłam, Pani pielęgniarka mówi do mnie, że to nie jest wina ani pań w rejestracji, ani pielęgniarek, że niektórzy lekarze sobie na takie długie urlopy chodzą. Nachodzi mnie genialna myśl żeby zadzwonić do sanepidu i zapytać, jak to jest z tymi szczepieniami. Pani w sanepidzie, jak usłyszała moją historię, to prawie "padła", pyta o nazwisko dziecka i adres przychodni i mówi, że sama tą sprawę załatwi. Po pół godziny dzwoni do mnie przychodnia i informuje, że nie mam się niczym martwić, oczywiście Ewa otrzyma szczepieni bezpłatnie.  Nerwy mi puszczają w tej całej sytuacji, ale chociaż cel został osiągnięty.

poniedziałek, 6 października 2014

Co nas nie zabije....

Ola całą noc kaszlała, więc na przemian z Łukaszem nosiliśmy ją między 3, a 5 na rękach, bo to była jedyna pozycja, w której jej się dobrze spało. Zatem z samego rana postanowiłam, że pójdę z dziećmi do przychodni by jakiś medyk poradził, co z tym zrobić. Ja rozumiem, że dzieci chorują, ale żeby po nocach nie spać. Z reguły, jak nie ma podwyższonej temperatury, to z katarem i kaszlem nie chodzę z dziećmi do lekarza, ale ta kolejna nieprzespana noc mnie mocno zmotywowała do działania. Poza tym jak już mam dzwonić do przychodni, żeby zarejestrować dzieci, to czuję, że moje emocje rosną, a przecież dzieci najlepiej odczuwają nasze emocje, więc po co w chorobie dokładać im stresu. Tak, Ewa szybko się sama ubrała, nawet nie marudziła za bardzo na hasło ubieramy się, ja też się szybko zebrałam. Zapakowałyśmy się do naszego super podwójnego wózka (Dzięki Ci Panie, że go mamy!!!) i goł do przychodni. Nie muszę dodawać, że numerki do lekarza się skończyły sto lat temu!!!!! Poza tym naszego lekarza nie ma, bo się uczy do egzaminu ze specjalizacji, więc w sumie i tak mi było wszystko jedno kto nas przyjmie, obie pozostałe Panie lekarki nie są moimi faworytkami, ale szłam naprawdę pozytywnie nastawiona. Ewa przez całą drogę marudziła, że chce iść na nóżkach, ale nie mogłam jej wypuścić, bo Pani w rejestracji powiedziała, że musimy dojść do 16.30 żeby zapytać się lekarki, czy nas  przyjmie poza kolejnością (swoją drogą, nie rozumiem tego systemu, skoro lekarka jest do 18). Tak więc Ewa marudziła i w ramach protestu, co chwilę gubiła buty, w sumie było to śmieszne, znalazła sobie rozrywkę na tę monotonną drogę. Dochodzimy do przychodni, kulturalnie się pytam pacjentów czy mogę wejść przed nimi, by tylko zapytać, czy lekarka nas przyjmie. Wchodzę do gabinetu, a Pani na mnie spojrzała złowrogo i mówi: Proszę czekać do 18, jak jakiś pacjent nie przyjdzie, to może Panią przyjmę. Byłą 16.45. Myślę sobie, że do 18 to Ewa całą przychodnię rozniesie, a przynajmniej część dla dzieci chorych. No ale nic, jak już byłam taka zdeterminowana żeby tam pójść to stwierdziłam, że damy radę i poczekamy. W naszej przychodni naprawdę jest ubogo, jeśli chodzi o jakieś zabawki dla dzieci. Powiedzmy sobie szczerze, nie ma nic, poza stolikiem i krzesełkami, widziałam bardziej przyjazne dzieciom przychodnie. Jedyny zajęciem Ewki w takim wypadku, jest jeżdżenie krzesłami w tą i z powrotem. Mimo, że wzięłam jej książki i chciałam jakoś urozmaicić czas, krzesła wygrały. Ewa jeździ nadal krzesłami, a do mnie podchodzi sympatyczny Pan i mówi: Pani skłamie w tej rejestracji i powie, że doktor Panią przyjmie, ja tak zawsze robię :))) Ludzie w poczekalni spoglądają na mnie znacząco, a mi się coraz bardziej chce śmiać. Nagle jedna Pani nie wytrzymuje i mówi, to dziecko (spoglądając na Ewę) nie jest chore, zawracanie głowy! Ja się staram miło uśmiechać. Nadal czekamy, gdy nagle inna Pani mówi: Pani wejdzie przede mną, bo nam głowa pęknie. Wchodzimy do gabinetu, Ewa nam to szybko załatwiła. Lekarka osłuchuje dziewczyny. Na szczęście nic poważnego. Dostajemy recepty, naklejki i wychodzimy. Staram się w miarę szybko ubrać dzieci, bo w poczekalni gorąca atmosfera, wzrok ludzi cały czas skupiony na nas i znów komentarz sympatycznej Pani w blond włosach: Oj !Pani to się nie nudzi, współczuję. A ja sobie myślę. Wow! mam cudowne dzieci, jestem wielka, udało mi się dojść z nimi do przychodni, ale jestem zorganizowana. Wspaniały dzień!!!!

sobota, 4 października 2014

Uwielbiam leśne spacery jesienią

W odpowiedzi na zaproszenie przyjaciół, udaliśmy się na jesienny spacer. Nie długi, ale w sam raz na dziecięce nóżki. Trasa nas wiodła na Wzgórze Pachołek (100,8 m n.p.m.), gdzie ze szczytu dzięki słonecznej pogodzie i bezchmurnemu niebu podziwialiśmy piękne widoki. Podczas wędrówki dzieci zbierały jesienne skarby: kolorowe liście, kasztany. Ze szczytu widzieliśmy stadninę koni, do której może za tydzień uda nam się pojechać. Ktoś chętny??? Podczas drogi mogliśmy się nacieszyć swoją obecnością zarówno dzieci, jak i dorośli i spokojnie porozmawiać ze względu na brak jakichkolwiek zagrożeń typu ruchliwa ulica i pędzące samochody. Jeszcze szybciej niż weszliśmy na górę zeszliśmy z niej, ponieważ dzieciom zamarzyła się pizza, więc jak tu się nie skusić na taką propozycję, jeśli i tak wszystkim burczało w brzuchach. Sobotnią wędrówkę uważamy za bardzo udaną. Oby było więcej takich wyjść i spotkań. "Witki" dziękujemy Wam bardzo :))


piątek, 3 października 2014

Kilka słów o Monte(sory)

"Twoje dziecko zachowuje się jak dziecko, bo jest dzieckiem. Ono potrzebuje najbardziej Twojej miłości, gdy się najgorzej zachowuje."

Zostałam upominania, że dawno tu nie pisałam. Wiele się dzieje w naszym życiu, a mało było czasu by zebrać myśli. Agnieszko Re. nadrabiam zaległości.
Montessori Montessori.... dla jednych czarownica dla innych sekta, a dla mnie filozofia tej włoskiej lekarki (Marii Montessori) stała się sposobem na życie, sposobem na wychowanie moich dzieci i coraz bardziej na bycie z ludźmi. O filozofii jednak napiszę za dni parę, a dziś o moich zmaganiach się z nadmiarem wiedzy "nauczycielskiej". 
Przywykło się mówić (przynajmniej w moich kręgach), że dzieci nauczycieli są najbardziej "rozbrykane" i coś w tym jest, ale dopiero od kilku dni odkrywam dlaczego. Nie jest to absolutnie związane z tym, że rodzice nauczyciele nic nie wymagają od swoich dzieci albo na wszystko im pozwalają, wręcz przeciwnie. Wiedza większości nauczycieli jest bardzo rozległa, chcą ją dobrze wykorzystać w wychowaniu swoich dzieci i w związku z tym nie dość, że na siebie nakładają presję, to tę presję przekazują swoim dzieciom. A dzieci są tylko dziećmi i wyczuwając napięcia rodziców, muszą je w jakiś sposób odreagować. 
Zdałam sobie sprawę, że bardzo dużo oczekiwałam od Ewy, że jest moim dzieckiem, że przecież powinna zachowywać się tak i tak i tak. Kiedy pojawiały się momenty, że ogarniała mnie wychowawcza bezsilność, dodatkowo rodziła się frustracja, jak ja mogę nie umieć wychowywać swojej córki?! Od kilku dni, gdy przeżywamy razem jakieś trudne momenty na razie moją receptą jest silne przytulenie Ewy i to więcej daje niż "wychowawcze gadanie", a w głowie sobie myślę sory Montessori :))